Troszkę to trwało zanim zmobilizowałam się żeby rozstrzygnąć moje Candy. Ciągle nie mogę uwierzyć, że czas tak szybko leci i czynność odkładana na później tak bardzo przeciąga się w nieskończoność. Dziś wreszcie dorwałam ganiające na nowym rowerku Maleństwo i zaproponowałam rolę sierotki. Maleństwo było zachwycone.
Ochoczo mieszało w koszyku imitując ruchy maszyny losującej....
... by wreszcie wyciągnąć karteczkę... nie wiem czy widać? Medalion z sekretnikiem otrzyma Kamila J. z bloga zkapeluszawzięte.blogspot.com :-)
Proszę o kontakt i podanie adresu do wysyłki. Wszystkim dziękuję za udział w zabawie, nie martwcie się coś tam wkrótce wymyślę nowego !
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy blogowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy blogowe. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 maja 2016
wtorek, 5 kwietnia 2016
Candy, konkurs, giveaway - Komu haftowany medalion z sekretnikiem?
Mieliśmy dziś pierwszy naprawdę ciepły dzień. Pomimo, że ptaki śpiewają już od jakiegoś czasu to dopiero dziś poczułam wiosnę i odważyłam się na zdjęcie ciepłej kurtki.
Tak samo jak na mojej stronie Facebook'owej do wylosowania przeznaczam medalion - sekretnik z haftem.
ZASADY
Aby wziąć udział w konkursie należy:
1. Prowadzić aktywnego bloga
2. Być obserwatorem mojego bloga
3. Zgłosić chęć udziału w komentarzu pod postem
4. Umieścić na bocznym pasku bloga podlinkowany banerek.
Wysyłka tylko na terenie Polski !
Na zgłoszenia czekam do 03.05.2016 do godziny 24. Wyniki ogłoszę po zakończeniu długiego weekendu majowego.
sobota, 19 marca 2016
Medalion jak medalik i wygrana bransoletka.
Mały medalionik z haftem na filcu. Średnica 25 mm.
A teraz pochwalę się bransoletką wygraną u Dominiki z Pracowni Garderoba o, której już wspominałam na pasku bocznym. Bransoletka miała mieć blaszkę z napisem, który miałam sobie sama wymyślić i tu pojawił się problem.
Bardzo długo myślałam co miałoby być na niej napisane i nic nie wymyśliłam.
Wtedy przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Bardzo podobały mi się bransoletki Dominiki z kolorowymi kamieniami w plasterkach.
A gdyby tak w miejsce blaszki wstawić kolorowe kamienie? Dominika powiedziała, że to to nie problem.
No i mam swoją bransoletkę. Jest śliczna. Przyszła przepięknie i z wielką troską zapakowana... z życzeniami, na sztucznym sianku :-) Jestem wielką fanką biżuterii Dominiki i stylu jaki reprezentuje. Warto zajrzeć na jej bloga.
Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję Dominiko !!!
sobota, 27 lutego 2016
Haftowany medalion z sekretnikiem i strona na Facebooku.
Parę tygodni temu zmobilizowałam się wreszcie i założyłam stronę na Facebooku - co można już było zaobserwować na blogu, w górnym prawym rogu pojawiło się nowe okienko.
Polubień przybywało, szczególnie ucieszyło mnie setne, więc z tej okazji zapowiedziałam rozdanie - losowanie.
Zanim je ogłosiłam przybyła kolejna gromadka lubiących. Dziś zamieściłam informację oficjalną, więc zainteresowanych odsyłam na fanpage.
Prezentem jest medalion z sekretnikiem z poniższego zdjęcia, średnica wstawki haftowanej 20 mm.
Blogowym obserwatorom, nieposiadającym konta na Facebooku również nie pozostanę dłużna. Candy na blogu wkrótce :-)
piątek, 27 listopada 2015
Róże i bzy na lnie oraz zabawy włóczką i motowidłem.
Medalion - róże i bzy na czarnym lnie. Haftowałam jakiś czas temu, wysłany w świat, mam nadzieję że cieszy nową właścicielkę. Powstała wtedy cała seria podczas testowania lnianej muliny DMC o której pisałam TU.
W oko wpadła mi zabawa Art - Piaskownicy, FOTOgra - wełna. Na szczęście nie trzeba pokazywać gotowej pracy z wełny i nawet wełna, jak dobrze zrozumiałam, nie musi być prawdziwa ... więc pokazuję moje poczynania z włóczką o nieznanym składzie.
Kiedy tylko dostanę w ręce dzianinę o wątpliwej urodzie zaraz przeznaczam ją do recyklingu, który zwykle kończy się na pruciu, prostowaniu, praniu.
Przędza jest mięciutka, słabo skręcona, miałam skrytą nadzieję, że ma domieszkę jakiegoś szlachetnego runa: angory, wełny jagnięcej...? ale być może jest to tylko zwykLa bawełna - dość długo wysychała po praniu.
Urządzenie widoczne na zdjęciu to zabytkowe motowidło, który pożyczyła mi uczennica. O ile dobrze pamiętam dostała go od sąsiadki, a ta znalazła go w starym, poniemieckim (pomazurskim) domu.
W oko wpadła mi zabawa Art - Piaskownicy, FOTOgra - wełna. Na szczęście nie trzeba pokazywać gotowej pracy z wełny i nawet wełna, jak dobrze zrozumiałam, nie musi być prawdziwa ... więc pokazuję moje poczynania z włóczką o nieznanym składzie.
Kiedy tylko dostanę w ręce dzianinę o wątpliwej urodzie zaraz przeznaczam ją do recyklingu, który zwykle kończy się na pruciu, prostowaniu, praniu.
Przędza jest mięciutka, słabo skręcona, miałam skrytą nadzieję, że ma domieszkę jakiegoś szlachetnego runa: angory, wełny jagnięcej...? ale być może jest to tylko zwykLa bawełna - dość długo wysychała po praniu.
Urządzenie widoczne na zdjęciu to zabytkowe motowidło, który pożyczyła mi uczennica. O ile dobrze pamiętam dostała go od sąsiadki, a ta znalazła go w starym, poniemieckim (pomazurskim) domu.
sobota, 30 maja 2015
Kocie kolczyki - filcowane z sierści kota perskiego.
Kolczyki z sierści kota perskiego i kosteczek krzemowych.
Bardziej ekonomicznie, ekologicznie, naturalnie, w zgodzie z przyrodą już się chyba nie da.
Kuleczki do kolczyków ufilcowałam dawno temu i tak sobie leżały i czekały na swój czas.... tak samo jak jeden z kolczyków do którego parę zgubiła mi Najstarsza.
Czas wreszcie nadszedł, a zmobilizowało mnie wyzwanie Turkusowego Hamaka pt. "Koty".
Kot nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie. Kiedy pokazałam moje kolczyki podopiecznym spotkałam się z pytaniem "pani zabiła kota?" Musiałam więc cierpliwie tłumaczyć, że kot żyje i ma się bardzo dobrze, po prostu ze względu na długa sierść musi być czesany, a wyczesane futerko odkładałam sobie z myślą o filcowaniu.
Swój pomysł uważałam za nowatorski i godny opatentowania, ale gdzieś się już nim pochwaliłam i dowiedziałam się, że gdzieś już jakieś wzmianki o tym się pojawiły.... (jak o większości rzeczy które wymyśliłam sama).
Słów parę o materiale.
Czesanka z kota perskiego jest niezwykle delikatna, elegancko filcowała się samymi igiełkami, nie wymagała poprawek metodą na mokro. Kuleczki są leciutkie jak puch, delikatne w dotyku, milutkie.... no i dają świadomość bliskości ukochanego zwierzaka.
Malwina mieszka z nami ponad 11 lat i jest kotem uwielbianym przez wszystkich domowników oprócz Pana, który niezmiennie od 11-stu lat powtarza na jej widok, że zrobi z niej mopa.
To zdjęcie obrazuje przekrój kolorów jakie mam do dyspozycji dzięki Malwinie. Wszystkie kolory widać na ufilcowanych kuleczkach, czarny daje ten odcień szarości na jednej z nich.
Bardziej ekonomicznie, ekologicznie, naturalnie, w zgodzie z przyrodą już się chyba nie da.
Kuleczki do kolczyków ufilcowałam dawno temu i tak sobie leżały i czekały na swój czas.... tak samo jak jeden z kolczyków do którego parę zgubiła mi Najstarsza.
Czas wreszcie nadszedł, a zmobilizowało mnie wyzwanie Turkusowego Hamaka pt. "Koty".
Kot nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie. Kiedy pokazałam moje kolczyki podopiecznym spotkałam się z pytaniem "pani zabiła kota?" Musiałam więc cierpliwie tłumaczyć, że kot żyje i ma się bardzo dobrze, po prostu ze względu na długa sierść musi być czesany, a wyczesane futerko odkładałam sobie z myślą o filcowaniu.
Swój pomysł uważałam za nowatorski i godny opatentowania, ale gdzieś się już nim pochwaliłam i dowiedziałam się, że gdzieś już jakieś wzmianki o tym się pojawiły.... (jak o większości rzeczy które wymyśliłam sama).
Słów parę o materiale.
Czesanka z kota perskiego jest niezwykle delikatna, elegancko filcowała się samymi igiełkami, nie wymagała poprawek metodą na mokro. Kuleczki są leciutkie jak puch, delikatne w dotyku, milutkie.... no i dają świadomość bliskości ukochanego zwierzaka.
Malwina mieszka z nami ponad 11 lat i jest kotem uwielbianym przez wszystkich domowników oprócz Pana, który niezmiennie od 11-stu lat powtarza na jej widok, że zrobi z niej mopa.
To zdjęcie obrazuje przekrój kolorów jakie mam do dyspozycji dzięki Malwinie. Wszystkie kolory widać na ufilcowanych kuleczkach, czarny daje ten odcień szarości na jednej z nich.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Medalion z haftem w stylu shabby chic
Po raz pierwszy zmierzyłam się ze stylem shabby chic. Nie jestem pewna czy wyszło mi to co zamierzyłam.
Problem w tym, że niedawno zmieniłam laptopa i nie mam wyczucia do tego nowego. Zdjęcia robiłam po południu, potem rozjaśniałam w programie graficznym.
Pudrowe kolory, po tym zabiegu zrobiły się jakieś intensywniejsze niż są w rzeczywistości. Każdy mój ruch przy laptopie i zmiana kąta widzenia pokazuje mi moje dzieło w innej tonacji. Nie wiem co zobaczą inni.
Średnica haftowanej wstawki - 3 cm.
Pod kwiatuszkami ukryłam koronkę w kolorze waniliowym. Dodatek koronki był konieczny w wyzwaniu na blogu sklepu - ewa Pastelowe shabby w koronkach na które zgłaszam naszyjnik.
A zgłaszam go jeszcze na wyzwanie Szuflady Schabby chic.
Problem w tym, że niedawno zmieniłam laptopa i nie mam wyczucia do tego nowego. Zdjęcia robiłam po południu, potem rozjaśniałam w programie graficznym.
Pudrowe kolory, po tym zabiegu zrobiły się jakieś intensywniejsze niż są w rzeczywistości. Każdy mój ruch przy laptopie i zmiana kąta widzenia pokazuje mi moje dzieło w innej tonacji. Nie wiem co zobaczą inni.
Średnica haftowanej wstawki - 3 cm.
Pod kwiatuszkami ukryłam koronkę w kolorze waniliowym. Dodatek koronki był konieczny w wyzwaniu na blogu sklepu - ewa Pastelowe shabby w koronkach na które zgłaszam naszyjnik.
A zgłaszam go jeszcze na wyzwanie Szuflady Schabby chic.
sobota, 4 kwietnia 2015
Wędzona sielawa na wielkanocny stół, przysmak suwalsko - mazurski.
Przysiadłam na chwilę przed komputerem, żeby troszkę odpocząć po kuchennych szaleństwach, patrzę, a tu całkiem sympatyczne wyzwanie w Szufladzie się pojawiło - "Wyzwanie specjalne Wielkanocne przysmaki".
Dania na moim stole będą zupełnie normalne, banalne wręcz, trudno byłoby mi się czymkolwiek pochwalić..... z wyjątkiem wędzonej sielawy z której jesteśmy bardzo dumni, ponieważ uwędziliśmy ją sami !
Właściwie dopiero zaczynamy przygodę z wędzeniem w "przydomowej" wędzarni i testujemy to i owo. Sielawę na tą okazję trzymaliśmy zamrożoną od dawna - spokojnie nic jej się od tego mrożenia nie stało, wyszła pyszna jak dopiero złowiona.
Nie dalej jak dziś rano słuchałam radia i dowiedziałam się, że mazurzy do koszyczka ze święconką wkładali również ryby. Całe szczęście, że chłopaki uwinęli się z wędzeniem przed święceniem i zdążyłam jeszcze dorzucić symboliczną rybkę. W końcu mieszkamy na Mazurach więc tradycji stało się zadość.
Teraz przepis.... z tym będzie troszkę gorzej, bo w dużej mierze eksperymentowaliśmy, posługując się "telefonem do przyjaciela" w tym przypadku do teściów. Rybki po rozmrożeniu leżały w solance - dość dobrze osolonej wodzie (ok.30 gram na litr wody) około 10 godzin. Po wyjęciu suszyły się na powietrzu około godziny. Później zostały poddane obróbce: suszenie w rozgrzanej wędzarni ok. 1/2 godz. w temperaturze 40 stopni. Wędzone mokrym drzewem olchowym bez kory, wisiały sobie w gęstym dymie, pod naszym czujnym okiem (i przykryciem z worka jutowego) 1,5 godz w temperaturze 50 -60 stopni. To niedługo ponieważ nasze rybki to drobnica, gdyby były większe musiałyby wisieć trochę dłużej.
Gotową rybkę poznaje się po złocistym kolorze i łatwości z jaką mięso odchodzi od ości. Trzeba złapać właściwy moment, powinna być wilgotna, nie przesuszona.
Dodam tylko, że to przysmak naszych dzieci. Najstarsza, która była koszmarnym niejadkiem uważała tylko wędzoną sielawę.
I jako ciekawostka - na każdym weselu w naszej rodzinie nie mogło zabraknąć jej na stole.
Dania na moim stole będą zupełnie normalne, banalne wręcz, trudno byłoby mi się czymkolwiek pochwalić..... z wyjątkiem wędzonej sielawy z której jesteśmy bardzo dumni, ponieważ uwędziliśmy ją sami !
Właściwie dopiero zaczynamy przygodę z wędzeniem w "przydomowej" wędzarni i testujemy to i owo. Sielawę na tą okazję trzymaliśmy zamrożoną od dawna - spokojnie nic jej się od tego mrożenia nie stało, wyszła pyszna jak dopiero złowiona.
Nie dalej jak dziś rano słuchałam radia i dowiedziałam się, że mazurzy do koszyczka ze święconką wkładali również ryby. Całe szczęście, że chłopaki uwinęli się z wędzeniem przed święceniem i zdążyłam jeszcze dorzucić symboliczną rybkę. W końcu mieszkamy na Mazurach więc tradycji stało się zadość.
Teraz przepis.... z tym będzie troszkę gorzej, bo w dużej mierze eksperymentowaliśmy, posługując się "telefonem do przyjaciela" w tym przypadku do teściów. Rybki po rozmrożeniu leżały w solance - dość dobrze osolonej wodzie (ok.30 gram na litr wody) około 10 godzin. Po wyjęciu suszyły się na powietrzu około godziny. Później zostały poddane obróbce: suszenie w rozgrzanej wędzarni ok. 1/2 godz. w temperaturze 40 stopni. Wędzone mokrym drzewem olchowym bez kory, wisiały sobie w gęstym dymie, pod naszym czujnym okiem (i przykryciem z worka jutowego) 1,5 godz w temperaturze 50 -60 stopni. To niedługo ponieważ nasze rybki to drobnica, gdyby były większe musiałyby wisieć trochę dłużej.
Gotową rybkę poznaje się po złocistym kolorze i łatwości z jaką mięso odchodzi od ości. Trzeba złapać właściwy moment, powinna być wilgotna, nie przesuszona.
Dodam tylko, że to przysmak naszych dzieci. Najstarsza, która była koszmarnym niejadkiem uważała tylko wędzoną sielawę.
I jako ciekawostka - na każdym weselu w naszej rodzinie nie mogło zabraknąć jej na stole.
piątek, 13 marca 2015
Lniany organizer/koszyczek z materiału dla miłoścniczki textile art.
Uszyłam coś co dawno
wpadło mi w oko, podczas wędrówek po stronach z inspiracjami. Pewnie
sama nie prędko zabrałabym się za uszycie lnianego
organizera/koszyka/pojemnika, ale zmobilizowało mnie wyzwanie Kreatywnego
Kufra - Wyzwanie Tematyczne - Organizer.
Koszyczek powstał jako praca przykładowa, więc proszę nie życzyć mi powodzenia w wyzwaniu :-)
Warstwa zewnętrzna to len o grubym splocie, wewnętrzna cieniutka, ale sztywna bawełna. Kwiaty powstały z różnych materiałów gromadzonych od lat z myślą o przerobieniu na tekstylne kwiaty.
Koszyczek powstał jako praca przykładowa, więc proszę nie życzyć mi powodzenia w wyzwaniu :-)
Warstwa zewnętrzna to len o grubym splocie, wewnętrzna cieniutka, ale sztywna bawełna. Kwiaty powstały z różnych materiałów gromadzonych od lat z myślą o przerobieniu na tekstylne kwiaty.
Wzór na kwiatek
centralny pokazywałam już w innym poście jako ozdoba opaski Maleństwa.
Jego wykonanie to czysta przyjemność ... zresztą wykonanie reszty to też
czysta poezja, mogłabym tak siedzieć i motać bez końca.
środa, 4 marca 2015
Medalion z różami, wygrane nożyce elektryczne i szydełkowa przeróbka dekoltu.
Ale to już było? Zaległości z lata jeszcze. Medalion był widoczny na zdjęciu zbiorowym. Teraz zbliżenie.
Jakiś czas temu wzięłam udział w zabawie na blogu zygzakiem.art.pl i wygrałam nożyce elektryczne, uniwersalne.
Są świetne. Sobie buczą, wibrują i tną kartony, materiały, a po wymianie głowicy (nie ma jej w tym zestawie) na silniejszą tną inne twarde materiały np. wykładzinę, blachę, płytki PCV.
"Starałam się o nie" z myślą o warsztatach różnych... bo jak napisałam w komentarzu do zabawy sama nie wiem co jeszcze wymyślę.... zresztą przytoczę cały komentarz - w końcu to dzięki niemu dostałam nożyce:
cytuję samą siebie:
"Oj, ciężko mi opisać do cięcia jakich materiałów użyłabym tych nożyc (gdybym je miała) … prowadzę zajęcia rękodzielnicze z różnymi grupami wiekowymi i tniemy przeróżne rzeczy. Takie zajęcia to nie lada wyzwanie więc nigdy nie wiem czym sama siebie zaskoczę. Ostatnio wymyśliłam cykl warsztatów szycia na maszynie pt. „Eko-edukacja przez eko-sztukę”. Dostaliśmy pieniądze na skupowanie zużytej odzieży, która nie zeszła z ciuchlandów (potencjalnych śmieci) na maszynę do szycia też dostaliśmy
A nie wspomnę jaką reklamę miały by nożyce wędrując ze mną po warsztatach tu i ówdzie. Myślę, że nudzić się ze mną nie miały by kiedy.
Tak je reklamuje producent:
- Idealne rozwiązanie do codziennych prac wymagających cięcia
- Nożyce uniwersalne to wszechstronne narzędzie do cięcia wszelkiego rodzaju elastycznych materiałów typu: tkaniny, wykładziny dywanowe, tektura, papier, kwiaty i wiele innych
- Łatwa wymiana głowicy nożyc dzięki zastosowaniu mechanizmu Clic
- Umożliwia precyzyjne cięcie detali po liniach prostych i wzdłuż krzywych
- Duży przycisk blokady do pracy ciągłej
- Swoboda dzięki rozwiązaniu bezprzewodowemu z zastosowaniem akumulatora NiMH 4,8 V
A tu przykład zastosowania szydełka (i tak używam go gdzie tylko się da). Bluzeczka z racji posiadania ogromnego, fantazyjnego golfa nie nadawała się do użytku (oczywiście wg. Maleństwa). Golf amputowałam, brzeg obrzuciłam kilkoma okrążeniami półsłupków. Koleżanka z pracy (nie w temacie rękodzieła) skwitowała - "śmieciosztuka". Nie powiem, trochę się obraziłam.
Dowód na posiadanie dziecka kreatywnego. W najdalszym kącie korytarza takie coś znalazłam.
sobota, 1 listopada 2014
Naszyjnik z haftem na bardzo starym samodziałowym płótnie.
Naszyjnik z haftem na bardzo starym samodziałowym płótnie, powstał jako praca przykładowa na wyzwanie tematyczne Kreatywnego Kufra, Film: "Gnijąca Panna Młoda". Kolorystyka, moim zdaniem oddająca zwiewną, delikatną (niebiesko - siną) bohaterkę filmu, jak również pasująca do dni zadumy jakie właśnie przeżywamy (oczywiście mam na myśli nie Halloween, a dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki).
Szczególną frajdę sprawiła mi okazja do wykorzystania pradawnego płótna które znalazłam w domu rodzinnym, w pradawnej szafce chrupanej przez korniki, w pradawnym pomieszczeniu, (które właściwie zostało już wyłączone z użytku, a jest "doklejone" do domu) zwanym pieszczotliwie "kapciorą". Dlaczego kapciorą? może dlatego, że mój dziadek był szewcem i w przybudówce tej miał swój warsztat i leżały tam buty... (kapcie) ? Słowniki donoszą, że w gwarze uczniowskiej kapciora to zaplecze klasy.
Tu zrobiłam zdjęcie przed przycięciem żeby uwiecznić to niesamowite płótno, z wyraźnym prostym splotem. Widać również przebarwienia i przybrudzenia, wiedziałam że jak je utnę nie będą już tak widoczne. Widziałam na blogach próby postarzania przy pomocy wywarów z kawy czy herbaty, miałam tyle szczęścia, że stare płótno mojej babci czekało aż je znajdę i czas dokonywał na nim przebarwień. Zostało go jeszcze sporo więc pojawi się oprawione w naszyjnikach jeszcze nie raz.
A przy okazji przypomnę, Projektant/-ka Kreatywnego Kufra pilnie poszukiwana !
sobota, 27 września 2014
Naszyjnik z haftem w szarościach na wyzwanie Art-Piaskownicy i Kreatywnego Kufra.
Pochwale się też dziełem Męża, wykonanym dzięki mojej inicjatywne i z niemałym udziałem zbiegów okoliczności - które doprowadziły do powstania portretowego zdjęcia syneczka. A było to tak: namówiłam wszystkich członków mojej rodziny na udział w warsztatach fotograficznych odbywających się w czasie wakacji w naszym GOK-u. Warsztaty miał poprowadzić sympatyczny miejscowy fotograf Radosław Nowacki. Na miejscu okazało się że sprawił nam niespodziankę i zaprosił do współpracy fotografa wydawnictwa Zwierciadło - Rafała Masłowa (tego od nagrodzonego zdjęcia D. Passenta o którym zainteresowany powiedział, że wygląda na nim gorzej niż w rzeczywistości) - przebywającego na Mazurach w ramach urlopu. No i tenże wielki fotograf wybrał na warsztatowego modela syneczka mojego i na nim objaśniał nam tajniki fotografii portretowej (pękałam z dumy). Zdjęcie jakie nam pozostało na pamiątkę tych okoliczności przykazałam Mężowi umieścić na naklejkach na zeszyty szkolne, które to już sam Mąż, beż mojej pomocy (no może z małymi konsultacjami) zaprojektował i wykonał na specjalnym najlejkowym papierze.
Zajęłam trzecie miejsce i odebrałam taka oto niespodziankę.
Bardzo, bardzo Supermamom dziękuję. Oprócz firmowego zestawu Lirene dostałam też smycz i długopis z urzędu miasta, krem do pupci Bepanthen, próbki dla niemowlat: płynu do mycia butelek, płynu do kąpieli oraz wkładki laktacyjne !
środa, 9 lipca 2014
Szydełkowa zawieszka - koniczyna i o zwiedzaniu Suwalszczyzny.
Koniczynka szydełkowa, w roli zawieszki, na Wyzwanie Motyw - Koniczyna Kreatywnego Kufra.
Usztywniona na blaszkę przy pomocy lakieru akrylowego do parkietów (używałam go też do zabezpieczania i usztywniania wikliny papierowej i decoupage). Uszko do zawieszki jest ze srebra,a włóczka to ta cudowna przędza alpaki z jedwabiem (zrobiłam z podwójnej, bo jest cieniutka) - ze sklepu Art-Bijou.
W ostatni weekend zwiedzaliśmy to i owo - tak jak najbardziej lubię czyli najbliższe okolice. Umówiliśmy się z moimi rodzicami na rodzinne zwiedzanie - zrobiliśmy wypad na Suwalszczyznę. Oni nadjechali ze wschodu, my z zachodu - (tak w uproszczeniu)...spotkaliśmy się w połowie drogi.
Aż wstyd powiedzieć, ale miejsce zetknięcia się trzech granic (Polski, Litwy, Rosji) oraz dodatkowo granicę województw warmińsko - mazurskiego i podlaskiego mijaliśmy wielokrotnie jadąc z Gołdapi do Sejn. Pokazywałam dzieciom z samochodu, ale jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby się zatrzymać.
A tym razem miła niespodzianka. Malutki parking, bileciki, autokar z zagranicznymi turystami, przekrój ras i tygiel języków - wszyscy na tym naszym "końcu świata" czekają w kolejce żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie w takim wyjątkowym miejscu.
Ale uwaga !!! Tylko część Polska i Litewska jest taka przyjazna. Tablica informuje, że wstęp na stronę Rosyjską jest zabroniony, nie można stanąć na rosyjskiej części obelisku,
a nawet nie można robić zdjęć kierując aparat w tamtą stronę!
Nasze ruchy śledziła kamera zamontowana na wysięgniku przez rosyjską straż graniczną. "Big Brother"- jak powiedziała przewodniczka do turystów z autokaru.
Po drodze wpadliśmy pokazać dzieciom wiadukty w Stańczykach. Mosty powstały przed pierwszą wojną światową i zadziwiają swoim rozmachem. Trudno przy dzisiejszej technologii wyobrazić sobie jak wtedy poradzili sobie budowniczy zalewając betonem konstrukcję wysoką na 36 i długą na 180 metrów !!!
Kiedyś biegła tu linia kolejowa Gołdap - Żytkiejmy.
Jak byłam tu ostatni raz (dawno to było) miałam możliwość obserwowania skoków na bungee. Stałam za plecami osoby, która miała skoczyć i ....przysięgam, czułam jej strach!!! A potem usłyszałam krzyk rozpaczliwy nieszczęśnika i świst spadającej liny!!!
Teraz teren trafił w ręce prywatne i skoki już się tu nie odbywają.
Zaglądamy, co też tam jest w dole.....
A w dolinie pod wiaduktami płynie rzeczka Błędzianka. Wygląda jak leśny strumyczek, malutka i niepozorna, a nad nią takie kolosy !!!
Potem zjedliśmy obiad w Jeleniewie, w restauracji "Pod Jelonkiem" na punkcie której mają pozytywnego bzika moi rodzice. Odkąd pierwszy raz trafili w to miejsce jeżdżą tam na kartacze. Cóż to takiego kartacze? to temat na kolejny post (zdjęcia jeleniewskich kartaczy ma Mąż w swoim telefonie, nie mogę ich wyegzekwować więc cierpliwości)...
A wiecie, że podobno północne krańce Mazur należą do najrzadziej odwiedzanych zakątków kraju? Ciekawe czemu w takim razie restauracja była oblegana przez takie tłumy .... (bo to już Podlaskie?)
Pomimo tłoku zostaliśmy obsłużeni bardzo szybko, wręcz błyskawicznie !
Po obiedzie (Mąż zjadł 2,5 porcji) mobilizując resztki sił podjechaliśmy pod ośrodek Szelment, obejrzeliśmy profesjonalny parki linowy ze skałką wspinaczkową i górę na której zimą można zjeżdżać na nartach (jest wyciąg), a w tym roku ma być oddany wyciąg nart wodnych ufff dobrnęłam do końca opowieści.....
tu pożegnaliśmy się z moimi rodzicami i odjechaliśmy: oni na wschód, my na zachód.
Usztywniona na blaszkę przy pomocy lakieru akrylowego do parkietów (używałam go też do zabezpieczania i usztywniania wikliny papierowej i decoupage). Uszko do zawieszki jest ze srebra,a włóczka to ta cudowna przędza alpaki z jedwabiem (zrobiłam z podwójnej, bo jest cieniutka) - ze sklepu Art-Bijou.
W ostatni weekend zwiedzaliśmy to i owo - tak jak najbardziej lubię czyli najbliższe okolice. Umówiliśmy się z moimi rodzicami na rodzinne zwiedzanie - zrobiliśmy wypad na Suwalszczyznę. Oni nadjechali ze wschodu, my z zachodu - (tak w uproszczeniu)...spotkaliśmy się w połowie drogi.
Aż wstyd powiedzieć, ale miejsce zetknięcia się trzech granic (Polski, Litwy, Rosji) oraz dodatkowo granicę województw warmińsko - mazurskiego i podlaskiego mijaliśmy wielokrotnie jadąc z Gołdapi do Sejn. Pokazywałam dzieciom z samochodu, ale jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby się zatrzymać.
A tym razem miła niespodzianka. Malutki parking, bileciki, autokar z zagranicznymi turystami, przekrój ras i tygiel języków - wszyscy na tym naszym "końcu świata" czekają w kolejce żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie w takim wyjątkowym miejscu.
Ale uwaga !!! Tylko część Polska i Litewska jest taka przyjazna. Tablica informuje, że wstęp na stronę Rosyjską jest zabroniony, nie można stanąć na rosyjskiej części obelisku,
a nawet nie można robić zdjęć kierując aparat w tamtą stronę!
Nasze ruchy śledziła kamera zamontowana na wysięgniku przez rosyjską straż graniczną. "Big Brother"- jak powiedziała przewodniczka do turystów z autokaru.
Po drodze wpadliśmy pokazać dzieciom wiadukty w Stańczykach. Mosty powstały przed pierwszą wojną światową i zadziwiają swoim rozmachem. Trudno przy dzisiejszej technologii wyobrazić sobie jak wtedy poradzili sobie budowniczy zalewając betonem konstrukcję wysoką na 36 i długą na 180 metrów !!!
Kiedyś biegła tu linia kolejowa Gołdap - Żytkiejmy.
Jak byłam tu ostatni raz (dawno to było) miałam możliwość obserwowania skoków na bungee. Stałam za plecami osoby, która miała skoczyć i ....przysięgam, czułam jej strach!!! A potem usłyszałam krzyk rozpaczliwy nieszczęśnika i świst spadającej liny!!!
Teraz teren trafił w ręce prywatne i skoki już się tu nie odbywają.
Zaglądamy, co też tam jest w dole.....
A w dolinie pod wiaduktami płynie rzeczka Błędzianka. Wygląda jak leśny strumyczek, malutka i niepozorna, a nad nią takie kolosy !!!
Potem zjedliśmy obiad w Jeleniewie, w restauracji "Pod Jelonkiem" na punkcie której mają pozytywnego bzika moi rodzice. Odkąd pierwszy raz trafili w to miejsce jeżdżą tam na kartacze. Cóż to takiego kartacze? to temat na kolejny post (zdjęcia jeleniewskich kartaczy ma Mąż w swoim telefonie, nie mogę ich wyegzekwować więc cierpliwości)...
A wiecie, że podobno północne krańce Mazur należą do najrzadziej odwiedzanych zakątków kraju? Ciekawe czemu w takim razie restauracja była oblegana przez takie tłumy .... (bo to już Podlaskie?)
Pomimo tłoku zostaliśmy obsłużeni bardzo szybko, wręcz błyskawicznie !
Po obiedzie (Mąż zjadł 2,5 porcji) mobilizując resztki sił podjechaliśmy pod ośrodek Szelment, obejrzeliśmy profesjonalny parki linowy ze skałką wspinaczkową i górę na której zimą można zjeżdżać na nartach (jest wyciąg), a w tym roku ma być oddany wyciąg nart wodnych ufff dobrnęłam do końca opowieści.....
tu pożegnaliśmy się z moimi rodzicami i odjechaliśmy: oni na wschód, my na zachód.
A cała Polska i tak ruszy nad morze - jak co roku !!!
niedziela, 5 stycznia 2014
Broszka z haftem rococo oraz dwie informacje techniczne.
Zanim zaprezentuję nową biżuterię chciałam pochwalić się zupełnie niespodziewanym faktem.. w sumie sama się zgłosiłam, więc mogłam się spodziewać, że zostanę wybrana... ale kiedy to nastąpiło byłam tak zaskoczona, że gotowa byłam zrezygnować !!! Zostałam projektantką pierwszego w Polsce bloga wyzwaniowego dla twórców biżuterii - Kreatywnego Kufra ! Razem ze mną, "do spraw biżuteryjnych" została przyjęta Weraph, której koralikowymi dziełami usiany jest prawie cały internet oraz Magdalena Różyło do działu fotograficznego.
A oto i broszka z różanym haftem rococo, którą udało mi się zrobić w przerwie świątecznej - na zamówienie koleżanki Joli - sprzed kilku miesięcy.........wstyd.
Na swoją obronę mam tylko to, że ja nadal nie mam swojej broszki chociaż mam bluzkę, która o broszkę aż się prosi...
Haft na czarnym lnie, bordowe różyczki w oprawie w kolorze antycznego brązu - styl vintage. Całość z oprawką ma 3,5x2,5 cm. Część lniana 2,5x2 cm.
Jednak nie udało mi się w terminie uporządkować spraw zeszłorocznych - zapomniałam o pokazaniu zakupów które poczyniłam w sklepie Kadoro, kiedy to właściciel tego sklepu wyróżnił moje prace w wyzwaniu "Barwy Jesieni" na blogu Banae.pl. Dużo przydatnych drobiazgów, na wiosnę mam zamiar zaszaleć i nosić własnoręcznie wykonywane bransoletki, teraz nie noszę bo mój strój do pracy to ciepłe swetry i bluzy, które nie sprzyjają eksponowaniu biżuterii. W sposobie pakowania rozczulił mnie dostawca tych cudowności - arkusz czarnego filcu - widoczny w tle, zapakował oddzielnie w folię bąbelkową :-)
A oto i broszka z różanym haftem rococo, którą udało mi się zrobić w przerwie świątecznej - na zamówienie koleżanki Joli - sprzed kilku miesięcy.........wstyd.
Na swoją obronę mam tylko to, że ja nadal nie mam swojej broszki chociaż mam bluzkę, która o broszkę aż się prosi...
Haft na czarnym lnie, bordowe różyczki w oprawie w kolorze antycznego brązu - styl vintage. Całość z oprawką ma 3,5x2,5 cm. Część lniana 2,5x2 cm.
Jednak nie udało mi się w terminie uporządkować spraw zeszłorocznych - zapomniałam o pokazaniu zakupów które poczyniłam w sklepie Kadoro, kiedy to właściciel tego sklepu wyróżnił moje prace w wyzwaniu "Barwy Jesieni" na blogu Banae.pl. Dużo przydatnych drobiazgów, na wiosnę mam zamiar zaszaleć i nosić własnoręcznie wykonywane bransoletki, teraz nie noszę bo mój strój do pracy to ciepłe swetry i bluzy, które nie sprzyjają eksponowaniu biżuterii. W sposobie pakowania rozczulił mnie dostawca tych cudowności - arkusz czarnego filcu - widoczny w tle, zapakował oddzielnie w folię bąbelkową :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















