Komplet świąteczny, wykonany na zamówienie, pod dyktando. Mam nadzieje, że się spodobał obdarowanej osobie. Wyjątkowo nie na łańcuszku, a na sznurku jubilerskim, czarnym, ze srebrnym karabińczykiem - którego na zdjęciu nie ma... wiadomo - przedświąteczny pośpiech.
Tymczasem pakuję się i wybieram do szpitala. Jutro. Na pierwszy dzień - w planach - haftowanie wstawek do naszyjników. Rzadkie chwile: będzie czas i nie będę miała pod ręką internetu, który pożera mi go (godzinami wędruję po blogach i innych miejscach pełnych inspiracji, wzdycham, że życia mi nie starczy, żeby wykonać wszystko co zaplanowałam). Więc zamierzam twórczo wykorzystać czas pobytu tam.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Prezentacja moich maszyn do szycia, nowych i wspomnienia o starych.
No i może wreszcie przyszedł czas żeby pokazać światu moje nowe maszyny do szycia (wszystkie trzy). Wynurzenia moje nie są sponsorowane, a wynikają z potrzeby wygadania się :-) a może komuś pomogą w podjęciu decyzji co do kupna.
Rok 2014 był dla mnie rokiem nadrabiania zaległości z dotychczasowego "życia szyciowego"... tak jakoś wyszło, że jak już się zdecydowałam na pierwszą to nie mogłam się zatrzymać.
Maszyny lubiłam od zawsze, bawiłam się w pokoju gdzie stał Singer mojej babci, taki na stoliku żeliwnym, z drewnianą pokrywą, babcia czasem szyła (takie domowe przeróbki) a ja marzyłam, że się kiedyś nauczę.... coś mi się zdaje że mój pierwszy przeszyty "materiał" to stare gazety (już wtedy uprawiałam recykling?)
Kolejna maszyna, w moim życiu to okazyjnie kupiona przez moich rodziców, w czasach gdy niczego nie było w sklepach, rosyjska, elektryczna - walizkowa. Miała haftować i być cudem świata, ale szybko się okazało, ze do haftu potrzebne są jakieś dodatkowe akcesoria, a sama maszyna okazała się być tak felerna, że nie dało się na niej absolutnie niczego uszyć. Nie omieszkałam wylać morza łez - byłam wtedy jeszcze bardzo młoda i po dziecięcemu ambitna - bardzo chciałam, ale ona nie chciała współpracować.
Wspominając dalej... będąc już młodą hafciarką miałam nietypowe zlecenie. Motolotniarz miał wypadek - spadł na drzewa swoją motolotnią i w wyniku tego rozerwał jej skrzydło. Cerowania nie podjęła się żadna krawcowa - ja tak.
Przywiózł mi do domu zwinięte skrzydła i maszynę Łucznik swojej żony. Skrzydła zacerowałam, naszyłam łatkę .... i .... zdążyłam się zakochać w jego maszynie. Szyła naprawdę cudnie, tak cichutko burczała i radziła sobie rewelacyjnie ze stylonową nitką którą zszywałam ten brezent. Myślę, że był to rok 1994/95?
Namówiłam resztę rodziny na zakup Łucznika... takiego modelu nie było akurat w sklepie więc wzięliśmy na raty inną: model 884, tą samą którą pożyczałam od rodziców przez wiele lat i zabierałam na zajęcia z dziećmi, o czym już pisałam TU.
Ostatnio uszytym przy jej pomocy, ciuszkiem były spodenki alladynki dla maleństwa.
Miała wiele egzotycznych (jak na tamte czasy) ściegów, wymienne krzywki (które leniłam się zmieniać, więc szyłam ciągle tym samym ściegiem) i uszyłam na niej naprawdę sporo rzeczy np. ciuszków dla mojej najstarszej, do których wykroje robiłam wspomagając się Burdą. A żeby było jeszcze ciekawiej, miała już ściegi, które obecnie zwane są "overlockowymi" i są mocno pożądane przez amatorki krawiectwa. Że są niemal identyczne, przekonałam się dopiero po kupnie Vikinga i przetestowaniu ich. Ściegi takie ma też leciwy Łucznik 438 teściowej (na którym też troszkę szyłam) - zresztą ma ich naprawdę duży wybór (ściegów).
Wstyd mi już było, że tyle lat wożę maszynę od rodziców, a i czas nadszedł zrobić jakiś prezent dla siebie - od wydawania pieniędzy na niepotrzebne (wg. mnie sprzęty) jest Mąż.
Powiedziałam basta, teraz nadszedł mój czas. Jak pisałam już w powyżej cytowanym poście wybór padł na maszynę Silver Crest - zwaną na blogach "kultową".
Niestety szybko zniechęciłam się widząc jakie ceny osiąga na wtórnym rynku, a w markecie nie było widoków na dostawę. Zresztą naczytałam się też, w jakim tempie jest rozchwytywana, kiedy jest dostawa.
Zdecydowałam się więc na kompromis, poszperałam, poczytałam i kupiłam 25 czerwca (o czym donosiłam już TU) Husqvarnę Viking E20 za 689 zł.
Funkcje ze strony producenta:
• 32 ściegi , 70 funkcji szyjących
• automat do robienia dziurek
• regulowana szerokość ściegu 0-5 mm
• automatyczny nawlekacz nitki
• regulacja docisku stopki
• stopki mocowane na zatrzask
• szycie wstecz
• wolne ramię
• ściegi owerlokowe otwarty i zamknięty (nie mylić z overlockiem)
• ściegi do materiałów elastycznych
• ściegi dekoracyjne oraz do pikowania
A dostałam do niej:
1. Stopka zwykła
2. Stopka do zamków
3. Stopka do ściegów satynowych
4. Automat do dziurek
5. Stopka do ściegu prostego
6. Stopka do cerowania
7. Stopka do ściegów ślepych
8. L-wkrętak
9. Przecinak do szwów
10. Oliwiarka
11. Komplet igieł
12. Dodatkowe szpulki
13. Liniał
14. Podkładka filcowe
Maszyna śliczna, delikatniutka, subtelna, pachnąca fabryką i smarami (to co lubię). Przetestowałam wszystkie ściegi...cudnie jest.... tylko poległam na pewnej funkcji.
Mianowicie szukając maszyny rozglądałam się za możliwością szycia zwanego "szyciem z ręcznym prowadzeniem materiału". Zachwycona możliwościami tworzenia niewiarygodnie pięknych "dzieł sztuki" dużo czasu poświęciłam poszukiwaniu odpowiedniego modelu. Moja Husqvarna, wg specyfikacji, miała go mieć, (używa się do tego stopki do cerowania) ale niestety nie mogłam tak uregulować naprężenia nitki żeby nie ściągała materiału. Dzwoniłam do serwisu, rozmawiałam z fachowcami, w końcu tak ją rozregulowałam, że postanowiłam ją odesłać do regulacji. Z "naprawy" wróciła dość szybko, a z nią próbki haftów mające udowodnić mi, że szycie "z wolnej ręki" jest na niej jak najbardziej wykonalne.... ale to co dostałam od pana z serwisu, żywcem pogrzebało moje marzenia o stosowaniu tej techniki.
Pomijając już wątpliwe walory artystyczne, wyraźnie widać ze nitka nadal nie jest naprężona tak jak powinna. Wręcz urąga to naszej wiedzy na temat prawidłowego jej naprężenia.
Minęło "czasu mało...wiele..." a tu w pewnym markecie, w gazetce widzę zapowiedź... będzie moja wymarzona maszyna. Mówię Mężowi, a on mi na to: "to kup", a Vikinga sprzedamy.
W pierwszym momencie myślałam, że zwariował. Ale pomysł przetrawiłam... i maszynę u Męża zamówiłam. Nie bardzo wierzyłam, że uda nam się ją kupić, ale chyba "tak miało być". Znajomy wybierał się do "miasta" w interesach - 9 października, stanął pod drzwiami, jeszcze przed otwarciem i maszynę bez problemu do kosza załadował. Stojąc w kolejce przy kasie usłyszał jeszcze od życzliwego człowieka radę: "Panie zostaw to g....no, kup Pan lepiej Singera".
Niepomny przestrogi Silver Cresta mi przywiózł... i oniemiałam z zachwytu !!!
Solidniejsza, mocniejsza, wygląda na godną większego zaufania niż Husqvarna, ściegi prawie te same. Tak samo ślicznie pachnie. Ile kosztowała? 333 zł wg internetów, 379 zł wg Męża - ja nie pamiętam. Za dużo tych maszyn ostatnio kupuję :-)
Co posiada:
- z 33 funkcjami ściegu (ścieg prosty, ozdobny i owerlok do szycia i obszywania)
- 4-stopniowe, automatyczne obszywanie dziurek
- praktyczny system nawlekania nici
- stopki szwalnicze wymienne za pomocą przycisku – 2 poziomowy uchwyt stopki szwalniczej
- zestaw ściegów ozdobnych z obszernym kompletem akcesoriów (zintegrowana przegroda na akcesoria w przedłużce wysięgu)
- wysoka siła przebijania - nawet przy grubych tkaninach
- przeznaczona również do specjalnych tkanin takich jak jersey lub stretch
- automatyczne napinanie nitki
- automatyczne nawijanie z wyłącznikiem bezpieczeństwa
- gwarancja: 3 lata
- 800 obrotów na minutę
Pierwsza różnica pomiędzy moimi maszynami, którą odkryłam to możliwość regulacji szerokości ściegów overlokowych, moim zdaniem niezbędna przy szyciu odzieży dziecięcej.
Rękawki w cieniutkiej bluzeczce Maleństwa Vikingiem zwęziłam i owszem, ale ścieg był taki wąziutki, misterny.... a Silver Crestem już mogłam pozszywać bajowe portaski przeszyte z tatowej bluzy.
Po przeżytej traumie związanej z niemożnością szycia "cerowania" na Vikingu jeszcze nie testowałam tej możliwości na Silwer Creście (nie ma specjalnej stopki, ząbki nie są opuszczane tylko zakrywa się je płytką) ani na Singerze. Musi minąć sporo czasu - czas zagoi rany.
Pisałam już jaka furorę zrobiły w szkole zajęcia z udziałem maszyny moich rodziców. Dzieci i młodzież, nawet ta niechętna do jakiejkolwiek, twórczej pracy, siadały do maszyny.
Troszkę obawiałam się zabierać moje nowe nabytki na zajęcia.
A gdyby tak napisać projekt i dostać dotację na zakup?
O pomoc zwróciłam się do lokalnego stowarzyszenia... wszystko potoczyło się błyskawicznie.... i szybko dostałam informację, że pieniążki będą, mogę się już rozglądać za modelem.
Wybór padł na maszynę Singer 4423 Heavy Duty, z 23 ściegami, w cenie 729 zł.
Ostatecznie zdecydowałam się na Singer 4411 Heavy Duty, z 11 ściegami, w cenie 649 zł.
Zwana wcześniej profesjonalną lub pół - profesjonalną, później - wzmocnioną, (na blogach zwana - brzydalem) niewiele reklamowana, ciężko znaleźć charakterystykę producenta, czy dystrybutora - widocznie marka broni się sama.
I faktycznie.
Taka prościutka, skromniutka, szara myszka, trochę kanciasta, ciut staromodna, ale jaka w niej drzemie moc. Trudno to opisać, ale jest uchwytna podczas pracy, gdy słucha się odgłosu silnika, szczególnie przy rozruchu, połączonego z cykaniem metalowych części - uwierzcie mi - słychać moc.
Bardzo szybka (rusza z miejsca bez zająknięcia).
Na szczęście wyczytałam wcześniej, ze posiada regulację w pedale. Początkowo jest nastawiona na maksymalną, później możemy ją "dostroić" do siebie, aczkolwiek szkoda, że nie ma o tym wzmianki w instrukcji.
Pierwszego dnia, kiedy tylko dostarczył ją kurier, szyliśmy na niej z dziećmi na najszybszym ustawieniu i niestety było ciężko.
Pedał musiałam zabrać do domu i mogłam zmienić szybkość tylko dzięki bogatej kolekcji precyzyjnych śrubokrętów Męża - śmiertelnik uzbrojony w zwykły śrubokręt by nie poradził z dojściem do śrubki.
A tu takie małe podsumowanie, prywatne spostrzeżenia, porównania.
Husqvarna:
- wbudowany nawlekacz igły
- brak regulacji szerokości ściegu overlockowego
- schowany bębenek
- prędkość szycia: 800 obr/min (uderzeń na minutę)
- sporo miejsca na prawą rękę (nie wiem jak nazwać to miejsce)
- uboga instrukcja obsługi (z literówkami i błędami w tłumaczeniu)
Silver Crest:
- brak nawlekacza
- regulowany ścieg overlockowy
- schowany bębenek
- prędkość szycia: 800 obr/min
- mało miejsca na prawą rękę
- obszerna, czytelna instrukcja obsługi
Singer:
- brak nawlekacza
- brak ściegu overlockowego (aczkolwiek są podobne, które ewentualnie można byłoby użyć do obrębienia tkaniny)
- bębenek widoczny pod przeźroczystą klapką, tuż pod stopką, położony poziomo (widać zużycie nitki - fantastyczne)
- prędkość szycia: 1100 obr/min
- sporo miejsca na prawą rękę
- instrukcja obsługi z ludzkim podejściem do klienta (np. bardzo ładnie wytłumaczono - znaczenie regulacji naprężenia nici )
Rok 2014 był dla mnie rokiem nadrabiania zaległości z dotychczasowego "życia szyciowego"... tak jakoś wyszło, że jak już się zdecydowałam na pierwszą to nie mogłam się zatrzymać.
Maszyny lubiłam od zawsze, bawiłam się w pokoju gdzie stał Singer mojej babci, taki na stoliku żeliwnym, z drewnianą pokrywą, babcia czasem szyła (takie domowe przeróbki) a ja marzyłam, że się kiedyś nauczę.... coś mi się zdaje że mój pierwszy przeszyty "materiał" to stare gazety (już wtedy uprawiałam recykling?)
Kolejna maszyna, w moim życiu to okazyjnie kupiona przez moich rodziców, w czasach gdy niczego nie było w sklepach, rosyjska, elektryczna - walizkowa. Miała haftować i być cudem świata, ale szybko się okazało, ze do haftu potrzebne są jakieś dodatkowe akcesoria, a sama maszyna okazała się być tak felerna, że nie dało się na niej absolutnie niczego uszyć. Nie omieszkałam wylać morza łez - byłam wtedy jeszcze bardzo młoda i po dziecięcemu ambitna - bardzo chciałam, ale ona nie chciała współpracować.
Wspominając dalej... będąc już młodą hafciarką miałam nietypowe zlecenie. Motolotniarz miał wypadek - spadł na drzewa swoją motolotnią i w wyniku tego rozerwał jej skrzydło. Cerowania nie podjęła się żadna krawcowa - ja tak.
Przywiózł mi do domu zwinięte skrzydła i maszynę Łucznik swojej żony. Skrzydła zacerowałam, naszyłam łatkę .... i .... zdążyłam się zakochać w jego maszynie. Szyła naprawdę cudnie, tak cichutko burczała i radziła sobie rewelacyjnie ze stylonową nitką którą zszywałam ten brezent. Myślę, że był to rok 1994/95?
Namówiłam resztę rodziny na zakup Łucznika... takiego modelu nie było akurat w sklepie więc wzięliśmy na raty inną: model 884, tą samą którą pożyczałam od rodziców przez wiele lat i zabierałam na zajęcia z dziećmi, o czym już pisałam TU.
Ostatnio uszytym przy jej pomocy, ciuszkiem były spodenki alladynki dla maleństwa.
Miała wiele egzotycznych (jak na tamte czasy) ściegów, wymienne krzywki (które leniłam się zmieniać, więc szyłam ciągle tym samym ściegiem) i uszyłam na niej naprawdę sporo rzeczy np. ciuszków dla mojej najstarszej, do których wykroje robiłam wspomagając się Burdą. A żeby było jeszcze ciekawiej, miała już ściegi, które obecnie zwane są "overlockowymi" i są mocno pożądane przez amatorki krawiectwa. Że są niemal identyczne, przekonałam się dopiero po kupnie Vikinga i przetestowaniu ich. Ściegi takie ma też leciwy Łucznik 438 teściowej (na którym też troszkę szyłam) - zresztą ma ich naprawdę duży wybór (ściegów).
Wstyd mi już było, że tyle lat wożę maszynę od rodziców, a i czas nadszedł zrobić jakiś prezent dla siebie - od wydawania pieniędzy na niepotrzebne (wg. mnie sprzęty) jest Mąż.
Powiedziałam basta, teraz nadszedł mój czas. Jak pisałam już w powyżej cytowanym poście wybór padł na maszynę Silver Crest - zwaną na blogach "kultową".
Niestety szybko zniechęciłam się widząc jakie ceny osiąga na wtórnym rynku, a w markecie nie było widoków na dostawę. Zresztą naczytałam się też, w jakim tempie jest rozchwytywana, kiedy jest dostawa.
Zdecydowałam się więc na kompromis, poszperałam, poczytałam i kupiłam 25 czerwca (o czym donosiłam już TU) Husqvarnę Viking E20 za 689 zł.
Funkcje ze strony producenta:
• 32 ściegi , 70 funkcji szyjących
• automat do robienia dziurek
• regulowana szerokość ściegu 0-5 mm
• automatyczny nawlekacz nitki
• regulacja docisku stopki
• stopki mocowane na zatrzask
• szycie wstecz
• wolne ramię
• ściegi owerlokowe otwarty i zamknięty (nie mylić z overlockiem)
• ściegi do materiałów elastycznych
• ściegi dekoracyjne oraz do pikowania
A dostałam do niej:
1. Stopka zwykła
2. Stopka do zamków
3. Stopka do ściegów satynowych
4. Automat do dziurek
5. Stopka do ściegu prostego
6. Stopka do cerowania
7. Stopka do ściegów ślepych
8. L-wkrętak
9. Przecinak do szwów
10. Oliwiarka
11. Komplet igieł
12. Dodatkowe szpulki
13. Liniał
14. Podkładka filcowe
Maszyna śliczna, delikatniutka, subtelna, pachnąca fabryką i smarami (to co lubię). Przetestowałam wszystkie ściegi...cudnie jest.... tylko poległam na pewnej funkcji.
Mianowicie szukając maszyny rozglądałam się za możliwością szycia zwanego "szyciem z ręcznym prowadzeniem materiału". Zachwycona możliwościami tworzenia niewiarygodnie pięknych "dzieł sztuki" dużo czasu poświęciłam poszukiwaniu odpowiedniego modelu. Moja Husqvarna, wg specyfikacji, miała go mieć, (używa się do tego stopki do cerowania) ale niestety nie mogłam tak uregulować naprężenia nitki żeby nie ściągała materiału. Dzwoniłam do serwisu, rozmawiałam z fachowcami, w końcu tak ją rozregulowałam, że postanowiłam ją odesłać do regulacji. Z "naprawy" wróciła dość szybko, a z nią próbki haftów mające udowodnić mi, że szycie "z wolnej ręki" jest na niej jak najbardziej wykonalne.... ale to co dostałam od pana z serwisu, żywcem pogrzebało moje marzenia o stosowaniu tej techniki.
Pomijając już wątpliwe walory artystyczne, wyraźnie widać ze nitka nadal nie jest naprężona tak jak powinna. Wręcz urąga to naszej wiedzy na temat prawidłowego jej naprężenia.
Minęło "czasu mało...wiele..." a tu w pewnym markecie, w gazetce widzę zapowiedź... będzie moja wymarzona maszyna. Mówię Mężowi, a on mi na to: "to kup", a Vikinga sprzedamy.
W pierwszym momencie myślałam, że zwariował. Ale pomysł przetrawiłam... i maszynę u Męża zamówiłam. Nie bardzo wierzyłam, że uda nam się ją kupić, ale chyba "tak miało być". Znajomy wybierał się do "miasta" w interesach - 9 października, stanął pod drzwiami, jeszcze przed otwarciem i maszynę bez problemu do kosza załadował. Stojąc w kolejce przy kasie usłyszał jeszcze od życzliwego człowieka radę: "Panie zostaw to g....no, kup Pan lepiej Singera".
Niepomny przestrogi Silver Cresta mi przywiózł... i oniemiałam z zachwytu !!!
Solidniejsza, mocniejsza, wygląda na godną większego zaufania niż Husqvarna, ściegi prawie te same. Tak samo ślicznie pachnie. Ile kosztowała? 333 zł wg internetów, 379 zł wg Męża - ja nie pamiętam. Za dużo tych maszyn ostatnio kupuję :-)
Co posiada:
- z 33 funkcjami ściegu (ścieg prosty, ozdobny i owerlok do szycia i obszywania)
- 4-stopniowe, automatyczne obszywanie dziurek
- praktyczny system nawlekania nici
- stopki szwalnicze wymienne za pomocą przycisku – 2 poziomowy uchwyt stopki szwalniczej
- zestaw ściegów ozdobnych z obszernym kompletem akcesoriów (zintegrowana przegroda na akcesoria w przedłużce wysięgu)
- wysoka siła przebijania - nawet przy grubych tkaninach
- przeznaczona również do specjalnych tkanin takich jak jersey lub stretch
- automatyczne napinanie nitki
- automatyczne nawijanie z wyłącznikiem bezpieczeństwa
- gwarancja: 3 lata
- 800 obrotów na minutę
Pierwsza różnica pomiędzy moimi maszynami, którą odkryłam to możliwość regulacji szerokości ściegów overlokowych, moim zdaniem niezbędna przy szyciu odzieży dziecięcej.
Rękawki w cieniutkiej bluzeczce Maleństwa Vikingiem zwęziłam i owszem, ale ścieg był taki wąziutki, misterny.... a Silver Crestem już mogłam pozszywać bajowe portaski przeszyte z tatowej bluzy.
Po przeżytej traumie związanej z niemożnością szycia "cerowania" na Vikingu jeszcze nie testowałam tej możliwości na Silwer Creście (nie ma specjalnej stopki, ząbki nie są opuszczane tylko zakrywa się je płytką) ani na Singerze. Musi minąć sporo czasu - czas zagoi rany.
Pisałam już jaka furorę zrobiły w szkole zajęcia z udziałem maszyny moich rodziców. Dzieci i młodzież, nawet ta niechętna do jakiejkolwiek, twórczej pracy, siadały do maszyny.
Troszkę obawiałam się zabierać moje nowe nabytki na zajęcia.
A gdyby tak napisać projekt i dostać dotację na zakup?
O pomoc zwróciłam się do lokalnego stowarzyszenia... wszystko potoczyło się błyskawicznie.... i szybko dostałam informację, że pieniążki będą, mogę się już rozglądać za modelem.
Wybór padł na maszynę Singer 4423 Heavy Duty, z 23 ściegami, w cenie 729 zł.
Ostatecznie zdecydowałam się na Singer 4411 Heavy Duty, z 11 ściegami, w cenie 649 zł.
Zwana wcześniej profesjonalną lub pół - profesjonalną, później - wzmocnioną, (na blogach zwana - brzydalem) niewiele reklamowana, ciężko znaleźć charakterystykę producenta, czy dystrybutora - widocznie marka broni się sama.
I faktycznie.
Taka prościutka, skromniutka, szara myszka, trochę kanciasta, ciut staromodna, ale jaka w niej drzemie moc. Trudno to opisać, ale jest uchwytna podczas pracy, gdy słucha się odgłosu silnika, szczególnie przy rozruchu, połączonego z cykaniem metalowych części - uwierzcie mi - słychać moc.
Bardzo szybka (rusza z miejsca bez zająknięcia).
Na szczęście wyczytałam wcześniej, ze posiada regulację w pedale. Początkowo jest nastawiona na maksymalną, później możemy ją "dostroić" do siebie, aczkolwiek szkoda, że nie ma o tym wzmianki w instrukcji.
Pierwszego dnia, kiedy tylko dostarczył ją kurier, szyliśmy na niej z dziećmi na najszybszym ustawieniu i niestety było ciężko.
Pedał musiałam zabrać do domu i mogłam zmienić szybkość tylko dzięki bogatej kolekcji precyzyjnych śrubokrętów Męża - śmiertelnik uzbrojony w zwykły śrubokręt by nie poradził z dojściem do śrubki.
A tu takie małe podsumowanie, prywatne spostrzeżenia, porównania.
Husqvarna:
- wbudowany nawlekacz igły
- brak regulacji szerokości ściegu overlockowego
- schowany bębenek
- prędkość szycia: 800 obr/min (uderzeń na minutę)
- sporo miejsca na prawą rękę (nie wiem jak nazwać to miejsce)
- uboga instrukcja obsługi (z literówkami i błędami w tłumaczeniu)
Silver Crest:
- brak nawlekacza
- regulowany ścieg overlockowy
- schowany bębenek
- prędkość szycia: 800 obr/min
- mało miejsca na prawą rękę
- obszerna, czytelna instrukcja obsługi
Singer:
- brak nawlekacza
- brak ściegu overlockowego (aczkolwiek są podobne, które ewentualnie można byłoby użyć do obrębienia tkaniny)
- bębenek widoczny pod przeźroczystą klapką, tuż pod stopką, położony poziomo (widać zużycie nitki - fantastyczne)
- prędkość szycia: 1100 obr/min
- sporo miejsca na prawą rękę
- instrukcja obsługi z ludzkim podejściem do klienta (np. bardzo ładnie wytłumaczono - znaczenie regulacji naprężenia nici )
środa, 26 listopada 2014
Szydełkowe podkładki i miętowe zawieszki serduszka.
Dawno temu, już nie pamiętam jak dawno, Ania (z Kreatywnego Kufra) zamówiła u mnie szydełkowe drobiazgi do dekoracji swojego domku, tonacja miała być różowa, miętowa, szara.
Szarego jeszcze nie zrobiłam nic, więc wysłałam Ani to co już miałam, resztę doślę później.
A że robiłam to w pośpiechu.... to dopiero na drugi dzień przypomniałam sobie, że nie zrobiłam zdjęć. Zrobiła je dla mnie Ania, dlatego są takie inne. Prawda, że cudne stylizacje?
Szarego jeszcze nie zrobiłam nic, więc wysłałam Ani to co już miałam, resztę doślę później.
A że robiłam to w pośpiechu.... to dopiero na drugi dzień przypomniałam sobie, że nie zrobiłam zdjęć. Zrobiła je dla mnie Ania, dlatego są takie inne. Prawda, że cudne stylizacje?
poniedziałek, 17 listopada 2014
Naszyjnik z haftem na białym tle i wspomnienia o dziwnym roku bez grzybów.
Pokazuje zaległości (nadal). Medalion ten nie doczekał się solowej prezentacji, więc pokazuję teraz. Widać go było na jakimś zdjęciu zbiorczym, w poprzednich postach, gdzie z większym urobkiem wyszłam w plener. Pokazuję żeby lepiej było widać... mało haftuję z jasnym tłem (bo obserwuję preferencje i się do nich dostosowuję ) ale ten znalazł swoją "panią" w oka mgnieniu. Pani spojrzała - i już go nakładała na szyję, a było w czym wybierać....
Jak to często u mnie bywa - wymyśliłam (wynalazłam) coś, a za chwilę się okazało, że nie ja pierwsza, że już ktoś coś takiego robi. Tak było z opieńkami, których mieliśmy w ubiegłym roku kilka wiader z własnej działki. Wysypały się nad rzeką, obok piaskownicy Maleństwa, w malinach....
Najpierw zbieraliśmy sami, potem zapraszaliśmy znajomych na "prywatne grzybobranie". W tym było tylko jedno pokaźne wiadro, więc wzorem ubiegłego roku smażyłam odgotowane kapelusze, jak kanie, obtaczane w jajku i bułce tartej. A że wyszło tego krocie to zrobiliśmy zalewę octową i wyszło osiem słoiczków marynowanych opieńków. Są rewelacyjne, zalewa delikatna, żadnych objawów typowej ślimakowatości. Bez zalewy też są świetne, znikają błyskawicznie, ze smażeniem trochę gorzej bo każdy kilkukrotnie przewracam żeby dobrze wysmażyć.
Rok 2014 dla grzybiarzy (Mąż) był wyjątkowo dziwny. Nie mieliśmy nic nadającego się do suszenia. Raz wiadro rydzów i raz wiadro opieńków - to wszystko. Zapomniałabym ! mieliśmy też jednego koźlarza z którym nakarmiłam całą rodzinę - oczywiście mieszając z jajkiem i trzy kanie, które przy bliższych oględzinach okazały się robaczywe. I żeby było jeszcze dziwniej ludzie tu i ówdzie - w niedalekiej okolicy, donosili o ogromnych zbiorach borowików, zdjęcia załadowanych bagażników pojawiały się na fb. Ale u nas nie padały deszcze....
Jak to często u mnie bywa - wymyśliłam (wynalazłam) coś, a za chwilę się okazało, że nie ja pierwsza, że już ktoś coś takiego robi. Tak było z opieńkami, których mieliśmy w ubiegłym roku kilka wiader z własnej działki. Wysypały się nad rzeką, obok piaskownicy Maleństwa, w malinach....
Najpierw zbieraliśmy sami, potem zapraszaliśmy znajomych na "prywatne grzybobranie". W tym było tylko jedno pokaźne wiadro, więc wzorem ubiegłego roku smażyłam odgotowane kapelusze, jak kanie, obtaczane w jajku i bułce tartej. A że wyszło tego krocie to zrobiliśmy zalewę octową i wyszło osiem słoiczków marynowanych opieńków. Są rewelacyjne, zalewa delikatna, żadnych objawów typowej ślimakowatości. Bez zalewy też są świetne, znikają błyskawicznie, ze smażeniem trochę gorzej bo każdy kilkukrotnie przewracam żeby dobrze wysmażyć.
Rok 2014 dla grzybiarzy (Mąż) był wyjątkowo dziwny. Nie mieliśmy nic nadającego się do suszenia. Raz wiadro rydzów i raz wiadro opieńków - to wszystko. Zapomniałabym ! mieliśmy też jednego koźlarza z którym nakarmiłam całą rodzinę - oczywiście mieszając z jajkiem i trzy kanie, które przy bliższych oględzinach okazały się robaczywe. I żeby było jeszcze dziwniej ludzie tu i ówdzie - w niedalekiej okolicy, donosili o ogromnych zbiorach borowików, zdjęcia załadowanych bagażników pojawiały się na fb. Ale u nas nie padały deszcze....
sobota, 1 listopada 2014
Naszyjnik z haftem na bardzo starym samodziałowym płótnie.
Naszyjnik z haftem na bardzo starym samodziałowym płótnie, powstał jako praca przykładowa na wyzwanie tematyczne Kreatywnego Kufra, Film: "Gnijąca Panna Młoda". Kolorystyka, moim zdaniem oddająca zwiewną, delikatną (niebiesko - siną) bohaterkę filmu, jak również pasująca do dni zadumy jakie właśnie przeżywamy (oczywiście mam na myśli nie Halloween, a dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki).
Szczególną frajdę sprawiła mi okazja do wykorzystania pradawnego płótna które znalazłam w domu rodzinnym, w pradawnej szafce chrupanej przez korniki, w pradawnym pomieszczeniu, (które właściwie zostało już wyłączone z użytku, a jest "doklejone" do domu) zwanym pieszczotliwie "kapciorą". Dlaczego kapciorą? może dlatego, że mój dziadek był szewcem i w przybudówce tej miał swój warsztat i leżały tam buty... (kapcie) ? Słowniki donoszą, że w gwarze uczniowskiej kapciora to zaplecze klasy.
Tu zrobiłam zdjęcie przed przycięciem żeby uwiecznić to niesamowite płótno, z wyraźnym prostym splotem. Widać również przebarwienia i przybrudzenia, wiedziałam że jak je utnę nie będą już tak widoczne. Widziałam na blogach próby postarzania przy pomocy wywarów z kawy czy herbaty, miałam tyle szczęścia, że stare płótno mojej babci czekało aż je znajdę i czas dokonywał na nim przebarwień. Zostało go jeszcze sporo więc pojawi się oprawione w naszyjnikach jeszcze nie raz.
A przy okazji przypomnę, Projektant/-ka Kreatywnego Kufra pilnie poszukiwana !
niedziela, 5 października 2014
Czapeczka krasnal ze starego sweterka - jak uszyć?
... w zasadzie nie będzie o tym jak uszyć (bo to każdy dysponujący odrobiną wyobraźni sam ogarnie) ale podpowiem jak zszyć.
Zaczynając od początku..... gromadzę sweterki, za małe, sprane, nielubiane, ale ze szlachetnym składem. Takie alpakowe, kaszmirowe, z angory, z lamy, wełny jagniąt, bo dzianinę kocham i mam do niej słabość przeogromną.
A w głowie tysiące pomysłów: co z nich zrobię żeby przedłużyć im życie, albo nadać drugie. Babcia Zosia właśnie uprała - ku mojej uciesze, a własnej zgryzocie - swój, bardzo ładny sweterek, w zbyt gorącej wodzie. Zmniejszył się o kilka rozmiarów.
Zimno się zaczęło robić, a ubiegłoroczne czapeczki Maleństwa gdzieś w "dobre miejsce" wyniosłam na lato.... i nie ma. Powstała więc szybka czapeczka smerfetka - jeszcze takiego modelu nie mieliśmy. Szyta naprawdę w biegu i na kolanie... a zszyta za pomocą szydełka i cieniutkiej włóczki.
Kolorystyka czapeczki pasuje idealnie do wyzwania na blogu Szuflada - Fiolety. Praca musi zawierać minimum trzy kolory z palety, a w naszej czapeczce są chyba wszystkie wskazane, a nawet jeszcze kilka odcieni wrzosów, lila i purpury !
Moja nowa maszyna, owszem ma igłę do szycia dzianin, ale z doświadczenia wiem, że ustawianie ściegu zajęło by mi więcej czasu niż zszycie jej ręczne.
Użyłam więc mojego patentu z odległej młodości, gdy to robiłam sweterki "na zamówienie" i szwy łączyłam szydełkiem. Dużo później trafiłam na tą metodę w książkach dla dziewiarek (których wtedy nie miałam).
Najpierw połączyłam dwie warstwy łańcuszkiem, albo oczkami ścisłymi - zależy z której strony na to patrzeć. A wracając obrębiła półsłupkami co daje imitację ręcznego ściegu overlockowego.
10.10.2014
Sprostowanie. Babcia Zosia umie prać sweterki. Wyjechała na wycieczkę. Pranie w pralce nastawił Dziadek i stąd wziął się sweterek do recyklingu.
Ps. Mam nowa maszynę ! Nie tą o której pisałam - ta była kupiona latem. :-) Mam znowu nową !
Zaczynając od początku..... gromadzę sweterki, za małe, sprane, nielubiane, ale ze szlachetnym składem. Takie alpakowe, kaszmirowe, z angory, z lamy, wełny jagniąt, bo dzianinę kocham i mam do niej słabość przeogromną.
A w głowie tysiące pomysłów: co z nich zrobię żeby przedłużyć im życie, albo nadać drugie. Babcia Zosia właśnie uprała - ku mojej uciesze, a własnej zgryzocie - swój, bardzo ładny sweterek, w zbyt gorącej wodzie. Zmniejszył się o kilka rozmiarów.
Zimno się zaczęło robić, a ubiegłoroczne czapeczki Maleństwa gdzieś w "dobre miejsce" wyniosłam na lato.... i nie ma. Powstała więc szybka czapeczka smerfetka - jeszcze takiego modelu nie mieliśmy. Szyta naprawdę w biegu i na kolanie... a zszyta za pomocą szydełka i cieniutkiej włóczki.
Kolorystyka czapeczki pasuje idealnie do wyzwania na blogu Szuflada - Fiolety. Praca musi zawierać minimum trzy kolory z palety, a w naszej czapeczce są chyba wszystkie wskazane, a nawet jeszcze kilka odcieni wrzosów, lila i purpury !
Moja nowa maszyna, owszem ma igłę do szycia dzianin, ale z doświadczenia wiem, że ustawianie ściegu zajęło by mi więcej czasu niż zszycie jej ręczne.
Użyłam więc mojego patentu z odległej młodości, gdy to robiłam sweterki "na zamówienie" i szwy łączyłam szydełkiem. Dużo później trafiłam na tą metodę w książkach dla dziewiarek (których wtedy nie miałam).
Najpierw połączyłam dwie warstwy łańcuszkiem, albo oczkami ścisłymi - zależy z której strony na to patrzeć. A wracając obrębiła półsłupkami co daje imitację ręcznego ściegu overlockowego.
10.10.2014
Sprostowanie. Babcia Zosia umie prać sweterki. Wyjechała na wycieczkę. Pranie w pralce nastawił Dziadek i stąd wziął się sweterek do recyklingu.
Ps. Mam nowa maszynę ! Nie tą o której pisałam - ta była kupiona latem. :-) Mam znowu nową !
sobota, 27 września 2014
Naszyjnik z haftem w szarościach na wyzwanie Art-Piaskownicy i Kreatywnego Kufra.
Pochwale się też dziełem Męża, wykonanym dzięki mojej inicjatywne i z niemałym udziałem zbiegów okoliczności - które doprowadziły do powstania portretowego zdjęcia syneczka. A było to tak: namówiłam wszystkich członków mojej rodziny na udział w warsztatach fotograficznych odbywających się w czasie wakacji w naszym GOK-u. Warsztaty miał poprowadzić sympatyczny miejscowy fotograf Radosław Nowacki. Na miejscu okazało się że sprawił nam niespodziankę i zaprosił do współpracy fotografa wydawnictwa Zwierciadło - Rafała Masłowa (tego od nagrodzonego zdjęcia D. Passenta o którym zainteresowany powiedział, że wygląda na nim gorzej niż w rzeczywistości) - przebywającego na Mazurach w ramach urlopu. No i tenże wielki fotograf wybrał na warsztatowego modela syneczka mojego i na nim objaśniał nam tajniki fotografii portretowej (pękałam z dumy). Zdjęcie jakie nam pozostało na pamiątkę tych okoliczności przykazałam Mężowi umieścić na naklejkach na zeszyty szkolne, które to już sam Mąż, beż mojej pomocy (no może z małymi konsultacjami) zaprojektował i wykonał na specjalnym najlejkowym papierze.
Zajęłam trzecie miejsce i odebrałam taka oto niespodziankę.
Bardzo, bardzo Supermamom dziękuję. Oprócz firmowego zestawu Lirene dostałam też smycz i długopis z urzędu miasta, krem do pupci Bepanthen, próbki dla niemowlat: płynu do mycia butelek, płynu do kąpieli oraz wkładki laktacyjne !
piątek, 19 września 2014
Zawieszka, naszyjnik z haftem na babcinym lnie.
No
i jestem po długiej przerwie. Na haft nie mam czasu nadal więc nadal
pokazuję zaległości pochodzące jeszcze z wiosny chyba... Zawieszka z haftem na starym lnie w naturalnym kolorze. 2,5 x 2,5 cm - powierzchnia haftu. Dlaczego starym? Ano znalazłam babciną serwetkę obrobioną szydełkową koronką. Takie to było mizerne, sprane, ale len był piękny, z gęstym splotem.... to postanowiłam nadać jej drugie życie, a ile tych żyć z niej wyjdzie !!! ....kilka na pewno - ale to dopiero jak wena wróci.
Tu w towarzystwie dwóch innych nowości, ale o nich w późniejszym czasie. Ten czarny już znacie.
Czas i wena to może są cały czas. Tylko rozsądek nakazuje zająć się tym co każda szanująca się gospodyni robi o tej porze roku. Czarny bez już w słoikach w postaci soku na przeziębienia, jabłka (zdobyczne) opanowałam wczoraj... jeszcze gruszki (też zdobyczne) czekają - będą w syropie, bo Menż tak sobie życzy - cukier ma się lepić to będzie zadowolony.
Wiecie co to "spalonka"? Też nie wiedziałam. Dopiero jak się tu sprowadziłam, na "ziemie odzyskane" (czy odzyskane to dobre słowo?) zostałam uświadomiona. Po wojnie ludność tak nazwała opuszczone przez Niemców (czy na pewno byli to Niemcy? czy Mazurzy?) gospodarstwa rolne. Domy spalone, ograbione, a drzewa żyły nadal swoim życiem.... i o dziwo przez nikogo nie przycinane, nie opryskiwane.... rodzą do dziś najpyszniejsze, najzdrowsze, najbardziej aromatyczne jabłka, gruszki, śliwki. Dziś czasem po tych gospodarstwach nie ma śladu,a tu i ówdzie można trafić na skupisko krzaków z których wyrasta drzewko owocowe.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Naszyjnik z haftowanymi różami, odwiedziliśmy Gołdap i o deserze ze ślimaków winniczków.
Niestety osoby najbliższe muszą okazać najwięcej cierpliwości w oczekiwaniu w kolejce na naszyjnik. Pierwsze z moich haftowanych dostały się moim mamom (rodzonej i chrzestnej).
O ile ta druga wyglądała na uszczęśliwioną i nie wybrzydzała - ta pierwsza powiedziała, że chce inny. Potem przy każdym, który jej pokazałam (przynajmniej przy większości z nich) twierdziła, że chce właśnie taki.
Kiedy znużona czekaniem oznajmiła, ze nie chce wcale.... zmobilizowałam się i dałam do wyboru kilka różanych na czarnym tle. Jakoś nie do końca się zrozumiałyśmy, bo po oprawieniu okazało się, ze myślała że będzie okrągły... no cóż, kolejne wyzwanie w kolejce.
Niedawno odwiedziliśmy Gołdap. Odwiedzamy dość często, jak na miasto na końcu świata.... Mężuś ma tam groby dziadków i dużo rodziny. Tym razem zwiedzaliśmy sami, rodzina jak to bywa z dużymi rodzinami.... miała swoje (odmienne) plany.
Rzecz niesamowita.... wiedziałam, że jest tam wyciąg krzesełkowy na Piękną Górę..... ale nie śmiałam nawet myśleć, że jest czynny latem ?!
Odwiedziliśmy jeszcze pijalnię wód leczniczych i mineralnych, tężnię (jesienią widzieliśmy je w budowie, taki ogromny drewniany inhalator rozpylający sól w powietrzu), zaliczyliśmy plażę w Leśnym Zakątku nad jeziorem Gołdap, zjedliśmy kartacze patrząc na fontanny w centrum i ciemną nocą dotarliśmy do domku. Wycieczka jednodniowa. Bardzo udana.
Niestety nie udało się na nią umówić z moimi rodzicami - upał był niemiłosierny - w taka pogodę nie ruszają się z domu. Nie poznali jeszcze uroków klimatyzacji w samochodzie.
A na tym zdjęciu syneczek konsumuje niedzielny deser. Nasza rodzina jest rozmiłowana w jedzeniu wszystkiego co da się skonsumować... Syneczek szczególnie uwielbia owoce morza. Zamarzyły mu się ślimaczki winniczki.... i niestety trochę rozczarowały. Żadnych wyjątkowych doznań kulinarnych, bagienne w smaku. Gdyby nie ziołowo czosnkowe masełko.... nie do przełknięcia. Syneczek, ten wielki miłośnik kalmarów, raków, krewetek... z wielkim obrzydzeniem wyjadał najmniejsze, mnie trafił się największy okaz ... i tu przestrzegam przyszłych smakoszy, duże są wyjątkowo "fu" - kaszowate i rozlazłe. Te mniejsze konsystencją przypominały gulasz z serduszek drobiowych.
O ile ta druga wyglądała na uszczęśliwioną i nie wybrzydzała - ta pierwsza powiedziała, że chce inny. Potem przy każdym, który jej pokazałam (przynajmniej przy większości z nich) twierdziła, że chce właśnie taki.
Kiedy znużona czekaniem oznajmiła, ze nie chce wcale.... zmobilizowałam się i dałam do wyboru kilka różanych na czarnym tle. Jakoś nie do końca się zrozumiałyśmy, bo po oprawieniu okazało się, ze myślała że będzie okrągły... no cóż, kolejne wyzwanie w kolejce.
Niedawno odwiedziliśmy Gołdap. Odwiedzamy dość często, jak na miasto na końcu świata.... Mężuś ma tam groby dziadków i dużo rodziny. Tym razem zwiedzaliśmy sami, rodzina jak to bywa z dużymi rodzinami.... miała swoje (odmienne) plany.
Rzecz niesamowita.... wiedziałam, że jest tam wyciąg krzesełkowy na Piękną Górę..... ale nie śmiałam nawet myśleć, że jest czynny latem ?!
Sporty
zimowe to nie dla mnie, więc się nim wcześniej nie interesowałam. Wjechaliśmy na
górę, a tam kolejna niespodzianka ! obrotowa kawiarnia ! właściwie to
jej podłoga jest obrotowa, pełen obrót dokonuje się w czasie 50ciu
minut, akurat starczyło czasu na zjedzenie pysznych deserów lodowych i
znudzenie się dzieci.
Odwiedziliśmy jeszcze pijalnię wód leczniczych i mineralnych, tężnię (jesienią widzieliśmy je w budowie, taki ogromny drewniany inhalator rozpylający sól w powietrzu), zaliczyliśmy plażę w Leśnym Zakątku nad jeziorem Gołdap, zjedliśmy kartacze patrząc na fontanny w centrum i ciemną nocą dotarliśmy do domku. Wycieczka jednodniowa. Bardzo udana.
Niestety nie udało się na nią umówić z moimi rodzicami - upał był niemiłosierny - w taka pogodę nie ruszają się z domu. Nie poznali jeszcze uroków klimatyzacji w samochodzie.
A na tym zdjęciu syneczek konsumuje niedzielny deser. Nasza rodzina jest rozmiłowana w jedzeniu wszystkiego co da się skonsumować... Syneczek szczególnie uwielbia owoce morza. Zamarzyły mu się ślimaczki winniczki.... i niestety trochę rozczarowały. Żadnych wyjątkowych doznań kulinarnych, bagienne w smaku. Gdyby nie ziołowo czosnkowe masełko.... nie do przełknięcia. Syneczek, ten wielki miłośnik kalmarów, raków, krewetek... z wielkim obrzydzeniem wyjadał najmniejsze, mnie trafił się największy okaz ... i tu przestrzegam przyszłych smakoszy, duże są wyjątkowo "fu" - kaszowate i rozlazłe. Te mniejsze konsystencją przypominały gulasz z serduszek drobiowych.
Do następnego naszyjnika !!! Do następnej letniej podróży !!!
piątek, 8 sierpnia 2014
Naszyjnik z haftem brązach i podróże, nieduże....
Medalion w brązach. Listeczki dostały obwódki w kolorze starego złota, pasujące do antycznej bazy.
Powierzchnia haftu 30 mm x 40 mm - tak dla przypomnienia.
Niedawno spotkałam osobę, która na widok moich naszyjników zdziwiła się "takie malutkie?".... widziała zdjęcia zbliżeń na Facebooku i zastanawiała się jak nosić na szyi coś tak dużego, mocno była zdziwiona widząc ich prawdziwy rozmiar !
A skoro przy temacie spotkań osób i naszyjników..... spotkałam też Panią, która na mój widok powiedziała: "Nie znam twarzy, nie znam nazwiska, ale wiem kim Pani jest ! po naszyjniku mnie rozpoznała .... (mamy wspólną znajomą).
Połowa wakacji już za nami. Wiem, że już nie zdążę nadrobić wszystkich, całorocznych zaległości, że nie wykonam prac które zaplanowałam. I już mnie to nie stresuje. Przez ponad dwa tygodnie lipca budziłam się z przekonaniem, że "muszę" i zasypiałam wiedząc, że "nie dałam rady". Teraz już odpoczywam. Nic nie muszę. Nikt nie goni.
Z relacjonowaniem podróży też mocno się spóźniam. Drugiego dnia po wypadzie w rodzinne strony, pojechaliśmy na zachód od domu...... do Giżycka.
Mieszkam tu tyle lat i dopiero pierwszy raz płynęłam statkiem.
O tym płynęłam:
Było super. Dzieci zachwycone.... niestety tylko w jedną stronę. Kiedy tylko zauważyły, że statek zawrócił i płynie tą samą drogą natychmiast zaczęły się nudzić.
Ciekawostka z rejsu. Na statku jedyne WC, czekam w kolejce, moja dwójka, młoda angielka z gromadką, czekamy długo.... dzieci piszczą, chcą siku.... czekamy..... wychodzi mężczyzna, dorosły człowiek, wchodzimy, a tam..... ciężko od dymu papierosowego.
Ech.... czy to starość, czy jakaś odmiana nerwicy, zauważyłam u siebie uczulenie na ludzi..... nie wszystkich, ale czasem zamieram ze zdziwienia....
Inny przykład? Malutki chłopczyk na plaży wyciąga siusiaka, zauważa to jego mama. Nie, nie zabrała małego na trawę. Wniosła dziecko do wody (gdzie kapiemy się my, inne dzieci...) i pomogła mu się wysiusiać. Czy to jest normalne? Czy ja się robię wredną wiedźmą....?
Przykłady mnożyć? Miejska, letnia impreza. Obok nas siedzi dostojna Pani ze swoimi dziećmi. Mają cukierki od sponsora, moje dzieci też dostały. Odchodząc z zajmowanego miejsca nie zabrały papierków po swoich cukierkach. Pani nie zauważyła?
To czemu ja widziałam, od samego początku, jak otwierały, jadły i rzucały na trawę pod nogi. Może jestem nadwrażliwa. Może trzeba się leczyć....?
Wracając do rejsu. Wypłynęliśmy z Jeziora Niegocin, Kanałem Łuczańskim, na Jezioro Kisajno.
Fajnie było przepłynąć obok mostu obrotowego. Zwykle staliśmy w kolejce aut czekających na otwarcie mostu....(Giżycko to dla nas miasto gdzie jeździmy na zakupy, odwiedzić znajomych, do lekarza....) tym razem było odwrotnie - mamy zielone światło - na wodzie!!!
A to już widoki na Jeziorze Kisajno.
Powierzchnia haftu 30 mm x 40 mm - tak dla przypomnienia.
Niedawno spotkałam osobę, która na widok moich naszyjników zdziwiła się "takie malutkie?".... widziała zdjęcia zbliżeń na Facebooku i zastanawiała się jak nosić na szyi coś tak dużego, mocno była zdziwiona widząc ich prawdziwy rozmiar !
A skoro przy temacie spotkań osób i naszyjników..... spotkałam też Panią, która na mój widok powiedziała: "Nie znam twarzy, nie znam nazwiska, ale wiem kim Pani jest ! po naszyjniku mnie rozpoznała .... (mamy wspólną znajomą).
Połowa wakacji już za nami. Wiem, że już nie zdążę nadrobić wszystkich, całorocznych zaległości, że nie wykonam prac które zaplanowałam. I już mnie to nie stresuje. Przez ponad dwa tygodnie lipca budziłam się z przekonaniem, że "muszę" i zasypiałam wiedząc, że "nie dałam rady". Teraz już odpoczywam. Nic nie muszę. Nikt nie goni.
Z relacjonowaniem podróży też mocno się spóźniam. Drugiego dnia po wypadzie w rodzinne strony, pojechaliśmy na zachód od domu...... do Giżycka.
Mieszkam tu tyle lat i dopiero pierwszy raz płynęłam statkiem.
O tym płynęłam:
Było super. Dzieci zachwycone.... niestety tylko w jedną stronę. Kiedy tylko zauważyły, że statek zawrócił i płynie tą samą drogą natychmiast zaczęły się nudzić.
Ciekawostka z rejsu. Na statku jedyne WC, czekam w kolejce, moja dwójka, młoda angielka z gromadką, czekamy długo.... dzieci piszczą, chcą siku.... czekamy..... wychodzi mężczyzna, dorosły człowiek, wchodzimy, a tam..... ciężko od dymu papierosowego.
Ech.... czy to starość, czy jakaś odmiana nerwicy, zauważyłam u siebie uczulenie na ludzi..... nie wszystkich, ale czasem zamieram ze zdziwienia....
Inny przykład? Malutki chłopczyk na plaży wyciąga siusiaka, zauważa to jego mama. Nie, nie zabrała małego na trawę. Wniosła dziecko do wody (gdzie kapiemy się my, inne dzieci...) i pomogła mu się wysiusiać. Czy to jest normalne? Czy ja się robię wredną wiedźmą....?
Przykłady mnożyć? Miejska, letnia impreza. Obok nas siedzi dostojna Pani ze swoimi dziećmi. Mają cukierki od sponsora, moje dzieci też dostały. Odchodząc z zajmowanego miejsca nie zabrały papierków po swoich cukierkach. Pani nie zauważyła?
To czemu ja widziałam, od samego początku, jak otwierały, jadły i rzucały na trawę pod nogi. Może jestem nadwrażliwa. Może trzeba się leczyć....?
Wracając do rejsu. Wypłynęliśmy z Jeziora Niegocin, Kanałem Łuczańskim, na Jezioro Kisajno.
Fajnie było przepłynąć obok mostu obrotowego. Zwykle staliśmy w kolejce aut czekających na otwarcie mostu....(Giżycko to dla nas miasto gdzie jeździmy na zakupy, odwiedzić znajomych, do lekarza....) tym razem było odwrotnie - mamy zielone światło - na wodzie!!!
A to już widoki na Jeziorze Kisajno.
Do następnego naszyjnika !!! Do następnej wyprawy !!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













